środa, 28 kwietnia 2021

Drugie życie DFL

Firma D-Link miała kiedyś w ofercie zapory sieciowe. Całkiem fajne ;-) bo oparte na oprogramowaniu firmy Clavister, która produkuje takie urządzenia pod własną marką.

Miała, bo od kilku już dobrych lat te urządzenia - mowa o serii DFL - już nie są przez D-Linka oferowane.

Ci, którzy siedzą trochę w tego typu urządzeniach, wiedzą zapewne, że platforma, na jakiej są one zbudowane, to jest najczęściej albo jakiś ARM (to głównie w tych niższych/mniejszych modelach), albo x86/x64.

Sprzęt, czyli płyta główna z komponentami zaprojektowana jest i zbudowana z przeznaczeniem do urządzeń typu Appliance - czyli najczęściej o wysokości 1U, bez wyjścia wideo (bo i po co) oraz z wieloma portami Ethernet (w końcu wieloportowy router) - ale z drugiej strony aż tak bardzo nie różni się od zwykłego PCta - i w przypadku platform opartych o architekturę x86/x64 najczęściej do pewnego stopnia zachowuje się jak pecet, czyli daje się uruchamiać przy pomocy w miarę standardowego obrazu oprogramowania (ma na pokładzie BIOS, który wyszukuje w dostępnych urządzeniach czy da się z nich uruchomić), czasem nawet pozwalając na wybór urządzenia, jak w normalnym pececie.

To oczywiście nie jest aż tak proste, bo po pierwsze takie urządzenie nie posiada portu VGA, więc nic nie widać, a po drugie może być wyposażone w specjalizowane procesory do obsługi sieci czyli takie, których normalnie się nie używa i w związku z tym nie są one oprogramowane w standardowo dostępnych paczkach oprogramowania i wymagają niedostępnych publicznie driverów i tak dalej.

Wracając do urządzeń DFL, urządzenia DFL-1660 i DFL-2560 są platformami zgodnymi z x86/x64, posiadają na pokładzie porty USB, porty SATA i port CF na kartę CompactFlash, na której normalnie rezyduje oprogramowanie Clavistera. Po odłączeniu karty CF i podłączeniu konsoli szeregowej widać zachowanie bardzo podobne do zwykłego peceta, czyli komunikat, że nie znaleziono odpowiedniego urządzenia z którego można by się uruchomić.

I teraz, istnieją projekty pfSence i OPNsense, które są bezpłatnie dostępnymi, wersjami oprogramowania opartego na FreeBSD z przeznaczeniem do stosowania jako zapory sieciowe. Firma Netgate, obecny producent pfSense sprzedaje również platformy sprzętowe bazujące na tym oprogramowaniu. Poza tym oferuje wersję CE - czyli otwartą i bez dodatkowego wsparcia technicznego, dostępną dla każdego.

Obydwie te wersje można na wyżej wspomnianych modelach DFL uruchomić. Wymaga to ściągnięcia gotowych obrazów w wersji do komunikacji via port szeregowy (tak zwana wersja Serial), nagrania w odpowiedni sposób na pamięć Flash USB a następnie uruchomienia z niej platformy. I to działa.

Dzięki temu z 8 letniej platformy sprzętowej z oprogramowaniem Clavistera, której nikt już nie wspiera i nie produkuje do niej poprawek oprogramowania, można zrobić całkiem nowoczesne urządzenie, na którym może działać cały czas rozwijane oprogramowanie.

Oczywiście z tą nowoczesnością nie należy przesadzać w takim sensie, że platforma jest jednak sprzętowo dość wiekowa, jak na dzisiejsze standardy. DFL-1660 zbudowany jest na Celeronie 440@2.00 GHz i ma na pokładzie 1GB RAM; DFL-2560 to Pentium 4@2.8GHz z 2GB RAM.
Z drugiej strony budowa jest a'la PC czyli są na płycie głównej normalne sloty na pamięci DIMM, w których można obsadzić standardowe moduły dostępne w tej chwili na Allegro za jakieś grosze.
Rozbudowa RAMu do takich 4 czy 8GB nie będzie więc problemem.
Zamiast karty CF można włożyć 2.5 calowy dysk SSD rzędu 32-64GB który powinien być wystarczający. Jest nawet do niego przewidziane zasilanie.

I na koniec otrzymujemy pudełko, które może nam posłużyć jako router/firewall jeszcze przez jakiś czas :-)

niedziela, 13 października 2019

BoxeeBox reborn... again

Dawno, dawno temu, było sobie takie urządzenie, o którym kiedyś już pisałem.
Od tamtego czasu zmieniło się niewiele, bo urządzenie jest o kolejne 5 lat starsze. Za jakąś jedną piątą ówczesnej ceny nowego Boxee'go można teraz kupić jednoukładowy komputerek w rodzaju RPi 4, który będzie dużo lepiej służyć jak media center z Kodi na pokładzie, niż 10-letni już BoxeeBox.
Więc, o ile komercyjnie urządzenie to jest już dawno historią i nikt nie bawi się w jego reanimację (takie próby były jeszcze kilka lat temu, kiedy żył projekt BOXEE+HACKS) oraz forum boxeed.in - które notabene już nie działa), to jednak w rękach użytkowników znajduje się jeszcze, jak szacuję, około tysiąca sprawnych urządzeń na całym świecie.

Architektura oprogramowania BoxeeBox wymaga do działania obecności serwera Boxee (lokalnie lub w Internecie). Niestety jakiś czas temu (rok, czy dwa lata już będzie) Samsung ostatecznie wyłączył serwery Boxee co spowodowało, że jeśli urządzenie zostało przywrócone do ustawień fabrycznych lub użytkownik nie był zalogowany, to urządzenia uruchomić się już nie dało. Ot, taki prezent na koniec.

Szczęśliwie, użytkownik cigamit powyżej wspomnianego forum, pracował nad lokalną wersją serwera Boxee. O ile pełnej wersji serwera wraz ze wszystkimi usługami nie udało się odtworzyć, to powstało przynajmniej minimum, które umożliwia utrzymanie działającego BoxeeBox - co sprowadza się do podłożenia - w miejsce oryginalnego serwera - jego kopii umożliwiającej "logowanie" się użytkownika i tym samym uruchomienie platformy.
Opisane jest to nieco na portalu Reddit.
Użytkownik tego portalu - nicholasserra - utworzył również publicznie dostępny klon takiego serwera, co każdemu posiadającemu BoxeeBox'a, umożliwia jego używanie.

Minimum, jakie trzeba zrobić, to pokazać BoxeeBox'owi inny serwer DNS. Obecnie istnieje serwer DNS o adresie 18.211.111.89. Na tymże serwerze znajdują się rekordy A wskazujące Boxee'emu adres 52.206.28.149, pod którym to z kolei pracuje sobie serwer HTTP serwujący dokument XML, który udaje serwer Boxee na tyle, na ile jest to niezbędne.
Jeśli ktoś chciałby coś takiego zrobić sobie sam, na powyższym portalu jest opis, co powinno zostać zrobione, ale dla celów dokumentacyjnych umieszczę to i tutaj.

Potrzebujemy działający serwer DNS oraz serwer HTTP.
Serwer DNS powinien rozwiązywać adresy:
  app.boxee.tv
  api.boxee.tv
  dir.boxee.tv
  s3.boxee.tv
  t.boxee.tv
  res.boxee.tv
  0.ping.boxee.tv
  1.ping.boxee.tv
  2.ping.boxee.tv
  3.ping.boxee.tv
  4.ping.boxee.tv
  5.ping.boxee.tv
  6.ping.boxee.tv
  7.ping.boxee.tv
  8.ping.boxee.tv
  9.ping.boxee.tv
  dl.boxee.tv

i wskazywać na nasz serwer HTTP. Serwer HTTP powinien zwracać dokument XML (kod został pożyczony od użytkownika nicholasserra; niestety dołączanie tagów XML nie bardzo działa, stąd będzie obrazek):


I to już pozwala na uruchomienie BoxeeBox'a... ponownie.

wtorek, 14 maja 2019

Kurs obsługi rack 19"

Od czasu do czasu mam możliwość zerknąć sobie na różne szafy i stojaki rackowe 19".
Dla nieobeznanych z tematem - tak zwany potocznie "rack 19 cali" - jest to szafa lub stojak telekomunikacyjny służący do instalacji urządzeń teletechnicznych (urządzeń sieciowych, serwerów, rejestratorów, itp.) przystosowanych do tego typu montażu.

Na przykład coś takiego:


Oczywiście są szafki mniejsze i większe, głębsze i płytsze - zależnie od przeznaczenia. Wszystkie jednak charakteryzują się tym, że posiadają dwie pionowe szyny montażowe, do których przykręcane są urządzenia za pomocą śrub i uchwytów:


Urządzenia i szyny do których są one przykręcane, zorganizowane są w jednostki wysokości, tak zwane "U" lub "RU" czyli "unit" lub "rack unit".
Jedno U to wysokość 4,445 cm (1,75 cala).
Urządzenia mają najczęściej wysokość będącą wielokrotnością U.

Aby był porządek, szyny również podzielone są na jednostki. Jedna jednostka w szynie to są trzy otwory montażowe:


W zależności od producenta szyny, jednostki te mogą być oznaczone w różny sposób. Na rysunku powyżej jednostki są opisane w sposób bardzo obrazowy, ale w większości szyn nie są one opisane wcale i należy popatrzeć na rozmieszczenie otworów. Jak widać na obrazku, otwory należące do tej samej jednostki U są od siebie nieco dalej, niż przylegające do siebie otwory różnych jednostek.
Czasami środkowy otwór jednostki jest dodatkowo oznaczony - na przykład małym dodatkowym otworem wywierconym na jego wysokości.

Wiedząc powyższe, instalator powinien być w stanie umieścić urządzenie w taki sposób, aby bezproduktywnie nie tracić jednostek U - jeśli dane urządzenie zostanie umieszczone np. po środku pustej szafy, to powinno być ono wkręcone tak, aby wypełniać sobą oznaczoną jednostkę na szynie.
Przesunięcie w górę lub w dół o jeden lub dwa otwory spowoduje, że po wypełnieniu całej szafy pozostaną niewykorzystane pojedyncze mocowania, co prowadzi do utraty użytecznej jednostki, do której można by dokręcić jeszcze coś. W przypadku, jeśli trzeba wypełnić całą szafę, sprowadza się to do mozolnego przekręcania wszystkich zainstalowanych już urządzeń.
Warto więc wiedzieć, w jaki sposób powinno się umieszczać urządzenia mimo, że sprawa wydawała by się trywialna.


Tak więc wysokość to sprawa pierwsza, którą instalator powinien wiedzieć.
Rzecz druga, z której większość instalatorów nie zdaje sobie sprawy, to sposób dokręcania urządzeń.
Mianowicie, urządzenie może być zamontowane minimum na dwie śruby, a maksimum na tyle, ile bracket montażowy ma otworów. Przy urządzeniach mających wysokość wielu jednostek, które to urządzenia mogą być dość ciężkie, warto jest dokręcić je przynajmniej na cztery śruby, czasem na więcej.

Nie mniej, większość urządzeń ma wysokość 1U lub 2U i są to urządzenie relatywnie lekkie, więc nie ma potrzeby dokręcania wszystkich czterech śrub - jeśli nie mamy zamiaru obracać szafy czy stojaka razem z urządzeniami do góry nogami - a zazwyczaj nie mamy ;-)
Wielu instalatorów wychodzi również z tego założenia - to jest dodatkowa praca, dodatkowe śruby. Docenia się to zwłaszcza, jeśli takie urządzenie trzeba potem z jakiegoś powodu wyjąć z szafy, a nie ma się ze sobą wkrętarki.

Tak więc instalator dokręca urządzenie na dwie śruby i robi to najczęściej tak:


Ten sposób montażu obnaża nieznajomość fizyki i sił, które działają na szynę rackową.
Otóż, przykręcone w ten sposób urządzenie (przy użyciu dwóch górnych punktów mocowania) powoduje, że urządzenie "zwisa" z tyłu - czyli jego tył jest niżej niż przód - i opiera się o inne urządzenia. Wyciągnięcie takiego urządzenia po zabudowaniu całej szafy jest utrudnione, bo leżą na nim urządzenia zamontowane wyżej (również w ten sposób przykręcone).
Ponadto, taki montaż powoduje, że na szynę montażową w miejscu dokręcenia śruby działa siła zginająca, która może spowodować wygięcie szyny w tym punkcie i problemy przy montażu lub demontażu koszyków montażowych.

Dużo lepszą metodą jest przykręcenie dolnych punktów mocowania zamiast górnych. Wówczas urządzenie opiera się o przednią część szyny i tak wysokie siły zginające w punkcie skręcenia nie występują.

poniedziałek, 1 października 2018

Skype "Classic" a automatyczne aktualizacje do Skype 8

Używający Skype'a zapewne zauważyli, że stara, dobrze znana i rozbudowana wersja Skype z linii 7 jest już passé i została zastąpiona wersją 8.
Niestety, wersja 8 jest całkowicie inną aplikacją która, w stosunku do Skype 7, została "nieco" odchudzona zarówno z funkcjonalności, jak i interfejsu użytkownika, co nie wszystkim się podoba.
Co prawda Microsoft, będący od jakiegoś czasu właścicielem Skype'a, zapowiedział, że wersja 7 nie będzie obsługiwana, ale pod naporem niezadowolonych użytkowników ugiął się i znienawidzoną wersję 7 nazwał Skype Classic oraz zapowiedział, że będzie ona działać jeszcze przez "jakiś" czas. Ile dokładnie - tego nie powiedział.

Ostatnią wersją z linii 7 jest wersja 7.41.0.101, którą można pobrać stąd.

Ponownie niestety, Microsoft usunął możliwość wyłączenia automatycznej aktualizacji, więc po każdym uruchomieniu aplikacja pyta się uprzejmie, czy zaktualizować Skype do najnowszej wersji.
Po aktualizacji oczywiście kończymy z wersją 8, co jest jak najbardziej Microsoftowi na rękę (w końcu inaczej nie usuwałby możliwości wyłączenia aktualizacji). Należy więc za każdym razem klikać "Nie teraz" albo... zastosować następujący sprytny sposób.

Skype ściąga aktualizację w postaci pliku, który nazywa się SkypeSetup.exe i jest pobierany do folderu tymczasowego %TEMP%.
Gdzie fizycznie ten folder się znajduje, można sprawdzić otwierając okienko wiersza polecenia i przechodząc do tego katalogu: 



Aby Skype nie mógł ściągnąć aktualizacji, wystarczy w tymże katalogu tymczasowym utworzyć dowolny plik o nazwie SkypeSetup.exe - wystarczy nawet pusty plik tekstowy w notatniku - a następnie nadać mu atrybuty TylkoDoOdczytu bądź zabrać prawa NTFS do tego pliku dla całego systemu:



To powinno załatwić sprawę do czasu, aż Microsoft zdecyduje się całkowicie odciąć użytkowników Skype Classic od sieci Skype.



Aktualizacja (2019-02-05)


I stało się. Skype 7 przy uruchomieniu proponuje aktualizację do nowej wersji lub... zamknięcie aplikacji.

niedziela, 2 września 2018

Opera pod Linuksem a filmy na portalach.

Przesiadłem się jakiś czas temu na Linuksa jako główny OS w domu (dla ciekawych, jest to Mint Cinnamon - bo nie muszę przyzwyczajać się do jakichś "dziwnych" rozwiązań menedżerów okien, a windowsowy jestem od lat i przyzwyczajenia jednak robią swoje ;-)).

Na tymże systemie posadziłem przeglądarkę Opera, jako dzierżącą u mnie palmę pierwszeństwa (również od lat - z pewną przerwą, o której kiedyś wspominałem).

Okazuje się, że na tytułowej przeglądarce pod tytułowym systemem operacyjnym nie działają filmy na tytułowym portalu społecznościowym.
Niestety Google przez trzy dni poszukiwań nie zwrócił na ten temat jakichś sensownych wyników - zapewne zadawałem niewłaściwe pytania, bo w końcu znalazłem ;-).
Paradoksalnie, problem nie jest jakoś szczególnie szeroko opisywany w internetach, stąd też ten post.

Filmy na Facebooku nie działają, bo... są kodowane kodekiem h264.
Kodek h264 nie jest kodekiem darmowym. Aby go dystrybuować, należy zapłacić za licencję. Stąd też Opera (przynajmniej w wersji na Linuksa) nie posiada go w swoich zbiorach. To tyle, jeśli chodzi o przyczynę.

A jeśli chodzi o rozwiązanie, to przeglądarka Chromium, będąca linuksowym i open-source'owym odpowiednikiem Chrome, takie wsparcie ma (bo Google płaci). Można by się więc przesiąść na Chromium ale okazuje się, że można inaczej.

Trzeba sobie zainstalować Chromium. Z katalogu Chromium skopiować plik libffmpeg.so i zastąpić nim plik o takiej samej nazwie znajdujący się w katalogu Opery. U mnie jest to:
/usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so
Niestety po każdej aktualizacji Opery procedurę trzeba powtórzyć. Skopiowałem więc sobie tą bibliotekę "na bok" i zrobiłem skrypt (żeby za każdym razem nie klepać ręcznie), który będę mógł sobie uruchomić, kiedy filmy na Facebook'u znowu przestaną działać:
sudo cp --force /usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so_chromium /usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so

I to tyle :-)


Update.
Okazuje się, że rzecz można rozwiązać jeszcze nieco inaczej - a właściwie rozwiązać kwestię aktualizacji Opery do nowej wersji.
Jest mianowicie w menedżerze pakietów taka funkcja, jak "divert". Ponieważ używam dystrybucji na bazie Debiana, mamy tu menedżer pakietów dpkg. I jest polecenie dpkg-divert, które powoduje, że dla instalowanej paczki można sobie zażyczyć, żeby pewne pliki nie zastępowały ich wersji już istniejących. Wówczas taki plik jest domyślnie kopiowany z rozszerzeniem .distrib
I tak wydanie polecenia typu:
dpkg-divert --add /usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so --local
spowoduje, że nasza "lepsza" biblioteka libffmpeg.so nie będzie już zastępowana przy aktualizacji Opery.
Warto jedynie co jakiś czas zadbać, żeby sama biblioteka była we w miarę aktualnej wersji.



Kolejny update bo potrzebowałem skorzystać, a lubię jednak bezmyślnie kopiować i wklejać :-P

sudo dpkg-divert --add /usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so
sudo rm /usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so
sudo ln -s /usr/lib/chromium/libffmpeg.so /usr/lib/x86_64-linux-gnu/opera/libffmpeg.so

czwartek, 16 sierpnia 2018

Interkom motocyklowy Nolan B901L R - część druga

Spełnianie oczekiwań

Po kilku dniach użytkowania zestawu mogę napisać, że istnieje spora różnica w tak zwanym user-experience w stosunku do używanego wcześniej BT-S2.
Pierwszą rzeczą zwracającą uwagę jest sygnalizacja werbalna chwilowego stanu zestawu. Zestaw umie mówić w kilku językach, co można przełączyć za pomocą aplikacji na PC. Niestety nie ma języka polskiego, więc najczęściej pozostaje język angielski.
Rozwiązanie jest bardzo wygodne i pozwala na upchnięcie m. in. dużej liczby funkcji konfiguracyjnych, co przy użyciu tylko typowej sygnalizacji dźwiękowej nie było by możliwe.
Ale może wszystko po kolei.


Telefon

Cóż, działa.
To, czego oczekiwałem w stosunku do BT-S2, to możliwość korzystania z asystenta głosowego. Jest taka możliwość i, co najważniejsze, działa całkiem nieźle.
Funkcję aktywuje się poprzez przyciśnięcie i przytrzymanie przez 2 sekundy przycisku On. Wówczas zestaw się budzi, uruchamia Google Now (używam Androida) i można wydać polecenie głosowe.
Należy przyzwyczaić się do tego, aby przed wydaniem polecenia poczekać na potwierdzenie, że telefon już słucha, co przy rzadkim używaniu nie jest naturalne, bo pierwsze potwierdzenie uruchomienia funkcji wydaje sam zestaw słuchawkowy.
Niestety - ale to już wina Google - polecenia nie mogą być, jak na razie, wydawane w języku polskim.
Jeśli ktoś się uprze, w ten sposób można nawet odczytywać ostatnie SMSy, ale jest to raczej wyższa szkoła jazdy i dość problematyczna z uwagi na anglojęzyczną wymowę.

Jeśli, w celu zadzwonienia do kogoś, nie chcemy ciągle korzystać z wybierania głosowego, zestaw umożliwia pamiętanie do trzech numerów na liście szybkiego wybierania.
Wybór numeru następuje poprzez jednoczesne naciśnięcie przycisków n oraz On co, zasadniczo rzecz biorąc, jest nieco niewygodne, ale możliwe po krótkim treningu właściwego ułożenia palców ;-)
Po naciśnięciu można przyciskami Up i Down wybrać albo wybranie ostatniego numeru, albo też jeden z trzech slotów z zapamiętanymi numerami telefonów (wybranie każdej z opcji jest potwierdzane stosownym komunikatem głosowym) i potwierdzić wybór naciśnięciem On.


Interkom

Niestety cały czas jeżdżę sam, więc nie miałem na razie możliwości skorzystania z tej funkcji.
Instrukcja obsługi wspomina o możliwości parowania do trzech innych urządzeń oraz ewentualnego uruchomienia trybu konferencyjnego (z jednym ze sparowanych interkomów) podczas rozmowy telefonicznej.


Wbudowane radio

Ta funkcja również działa całkiem dobrze i jest dostępna po dwukrotnym naciśnięciu przycisku On.
Istnieje możliwość zapamiętania do sześciu stacji radiowych. Przy włączonym radiu naciśnięcie i przytrzymanie przez dwie sekundy przycisku Down powoduje przełączanie zapamiętanych stacji, zaś takie samo użycie przycisku Up, powoduje automatyczne przeszukiwanie częstotliwości. Przeszukiwanie zatrzymuje się po znalezieniu stacji, a powiadomienie głosowe odczytuje aktualną częstotliwość.
Zasadniczo radia słucha się nieźle, choć nieco brakowało mi trybu redukcji szumów (tłumienia wysokich częstotliwości).


Odtwarzanie MP3

I tu nie mam się specjalnie do czego przyczepić. Pojedyncze przyciśnięcie On powoduje rozpoczęcie odtwarzania, a powtórne przyciśnięcie - zatrzymanie.
Ponownie, jak to było w przypadku BT-S2, życzyłbym sobie może nieco więcej basu, ale w zasadzie nie ma na co narzekać.


Nawigacja

Korzystałem zarówno z Waze, jak i z OsmAnd'a.
Niestety nie byłem w stanie w pełni przetestować równoległej pracy nawigacji i telefonu, bo używam nawigacji w telefonie ;-) więc coś takiego, jak wyciszanie muzyki podczas generowania wskazówki głosowej jest u mnie osadzone w samym telefonie.
Instrukcja wspomina o funkcja "Smart Navi System" ale, jak mi się wydaje, działa to tylko wówczas, jeśli mamy oddzielną od telefonu nawigację. W moim przypadku, niezależnie, czy funkcja była włączona, czy nie, wszystko działało identycznie.


ESS

Jak już wspominałem, ESS to zamontowane z tyłu kasku czerwone światło ostrzegawcze.
W zależności od ustawienia, może być:
1) w trybie ESS - zaczyna migać podczas gwałtownego hamowania. Hamowanie jest wykrywane akcelerometrem, zaś czułość może być ustawiona na jeden z trzech poziomów;
2) w trybie światła tylnego - świecenie ciągłym światłem oraz miganie w przypadku gwałtownego hamowania;
3) w trybie światła tylnego przy słabej widoczności - miganie oraz szybsze miganie w przypadku gwałtownego hamowania;
4) całkowicie wyłączone - stan słuszny, jeśli jedziemy z pasażerem, bo nieźle daje mu po oczach.

Inne fajne rzeczy, które są

W przeciwieństwie do BT-S2, jest jeszcze kilka innych, fajnych rzeczy.

Bardzo wygodną funkcją jest automatyczne usypianie zestawu w przypadku niekorzystania z kasku, co wydatnie zmniejsza zużycie prądu.
Działa to w ten sposób, że wbudowany akcelerometr, jeśli wykryje, że kask nie rusza się przez 60 sekund, przełącza interkom w tryb uśpienia, oraz aktywuje go ponownie kiedy kask się poruszy. Dodam, że do aktywacji wystarczy lekkie przesunięcie kasku leżącego na stole. Nie ma praktycznie możliwości, żeby zestaw przeszedł do trybu uśpienia, kiedy jest założony na głowę.
W praktyce używanie zestawu z tym systemem wygląda tak, że włączamy zestaw i nie musimy pamiętać o jego wyłączaniu i ponownym włączaniu niezależnie od tego, co robimy przez cały dzień. Zestaw wyłącza się całkowicie, jeśli kask leży nieużywany przez 3 dni. Naprawdę bardzo wygodne :-)

Z uwagi na dużą liczbę konfigurowalnych funkcji, mamy menu głosowe z poziomu którego można skonfigurować wszystkie funkcjonalności. O ile samo menu jest (ze względu na wypowiadanie opcji) całkiem sympatyczne w obsłudze, to jednak jego użycie dobrze jest wspomóc instrukcją, żeby było wiadomo, gdzie szukać danej opcji - co wydatnie oszczędza naciśnięcia.
I tu kolejna fajna rzecz - wszystko daje się również skonfigurować z aplikacji w telefonie - co jest niebywale szybsze i bardzo wygodne w porównaniu z dłubaniem w menu głosowym.
Dodatkowo, aplikacja posiada wbudowaną kopię instrukcji obsługi oraz osobno ściągawkę do skrótów klawiszy. Rzecz również bardzo przydatna jako, że opcji jest gąszcz.

No i jest jeszcze opcja sprawdzania stopnia naładowania akumulatora. Podczas uruchamiania zestawu klawiszem On należy przytrzymać przez około trzy sekundy również klawisz Up. Zostaniemy poinformowani, czy stopień naładowania wynosi powyżej 70%, 70-30%, czy poniżej 30%. Taką samą informację przekazuje zestaw podczas uruchamiania migając niebieską diodą - odpowiednio cztery, trzy lub dwa błyski.


I to na razie tyle. Smaczków jest jeszcze kilka więcej, ale opisałem te, które szczególnie przypadły mi do gustu. Wad na razie w zasadzie nie widzę - no, może poza ceną. Zestaw kosztuje tyle (a nawet ciut więcej w wersji L) jak cały kask, ale przy takim zestawie funkcji można się z tym pogodzić.

piątek, 3 sierpnia 2018

Martwy ciąg w jednośladzie

W literaturze około-motocyklowej dość trudno spotkać się z pojęciem "martwego ciągu", a przynajmniej nie na tyle łatwo, jak z tekstami na temat poprawnego dosiadu czy używania przeciwskrętu.
Być może dlatego, że te dwa ostatnie zagadnienia są niejako fundamentalne podczas przygody z motocyklami, a "martwy ciąg" jest uznawany za technikę poniekąd zaawansowaną, przekazywaną nieco pokątnie przy okazji nauki manewrowania motocyklem przy niskich prędkościach.
A żeby tego było mało, nawet sama polska nazwa "martwy ciąg" nie kojarzy się specjalnie z motocyklami.

Zanim przejdę do samej techniki, chciałbym zwrócić uwagę na kilka elementów, które z pewnością zostały zauważone przez każdego, kto próbował jeździć, skręcać lub zawracać motocyklem jak najwolniej się dało.
Wolna jazda motocyklem w zasadzie sprowadza się do dwóch technik. Jest to albo jazda na pół-sprzęgle co, jakby nie było, nie jest dla sprzęgła ekstremalnie zdrowe - jednak pozwala na delikatne toczenie się motocykla z prędkością spacerującego pieszego; albo też nieco szybsza jazda na obrotach jałowych silnika z całkowicie zasprzęglonym napędem.
Ta druga technika mimo, że dla sprzęgła jest zdrowsza, wcale nie jest bardzo komfortowa i być może nawet nie do końca bezpieczna (zaraz wyjaśnię).

Silnik motocykla pracujący na biegu jałowym najczęściej nie pracuje równo, a nawet, jeśli bez obciążenia pracuje w miarę równo, to przy jego lekkim obciążeniu bez dodawania gazu, zaczyna szarpać przy każdym zapłonie w cylindrze. 
Z drugiej strony, w większości motocykli napęd jest przenoszony poprzez łańcuch, który ze względu na geometrię tylnego wahacza, musi mieć pewien luz, aby możliwe było ugięcie zawieszenia. Luz ten powoduje, że szarpanie tylnym kołem na skutek nierównej pracy silnika przy jałowych obrotach, jest dodatkowo potęgowane. W moim motocyklu widać to doskonale po ustawieniu motocykla na centralnej podstawie i wrzuceniu pierwszego biegu przy pracującym silniku - czego używam do szybkiego smarowania łańcucha. Szarpiący silnik i nieobciążone tylne koło powodują swobodne latanie łańcucha w górę i w dół w zakresie luzu przewidzianego przez producenta.
Tego typu zjawisko, jako całość, w jadącym motocyklu powoduje minimalne i krótkotrwałe zmiany przyspieszenia, co wpływa na stabilność ruchu motocykla. Pół biedy, jeśli toczymy się tak po prostej. Ale próbując w ten sposób skręcać, nie ma się często pewności, czy motocykl nieprzewidzianie nie szarpnie i czy z tego powodu nie znajdzie się na ziemi, a my razem z nim.
Stąd też, aby uniknąć nieprzyjemności, tego typu manewry powinno wykonywać się na otwartym gazie. I tu jest drugi kruczek. Granica pomiędzy zamkniętym gazem (i silnikiem na biegu jałowym), a minimalnie otwartym gazem, jest na manetce dosyć wąska i ciężko jest ją dobrze wyczuć. Dodatkowo, jeśli przy skręcie bez gazu motocykl zaczyna walić się w zakręt, należy temu przeciwdziałać przez delikatne przyspieszenie, co wiąże się z przeskoczeniem tej granicy - czasami dość gwałtownie, bo przecież motocykl leci na ziemię, więc gazu trzeba dodać szybko. 
Bez wielu ćwiczeń i doskonałego wyczucia gazu w tym zakresie, mamy takie zjawisko, że dodajemy gazu (z założenia delikatnie) ale okazuje się, że nie było to aż tak delikatnie, więc motocykl skacze do przodu, tor jazdy nagle prostuje się i trzeba coś z tym zrobić - najczęściej odruchowo ponownie zamknąć gaz.

Całe powyżej opisane zjawisko powoduje, że skręcanie bądź zawracanie z minimalną prędkością nie bardzo idzie w parze z precyzją takiego manewru.
Można sobie z tym radzić poprzez zastosowanie wspomnianej techniki "martwego ciągu", która w języku angielskim nazywa się dużo wymowniej - "dragging rear brake" (i, w przeciwieństwie do polskiego terminu, wszyscy wiedzą, o co chodzi).

Technika ta polega na tym, że podczas manewru przy małej prędkości, gaz nie jest zamykany i silnik nie pracuje na biegu jałowym radośnie sobie przy tym szarpiąc, ale jest trzymany w taki sposób, aby gaz był przynajmniej minimalnie otwarty. 
Zwiększenie prędkości motocykla kompensuje się natomiast lekkim ciągłym naciśnięciem tylnego hamulca i wywieraną siłą hamowania łagodnie kontroluje się chwilową prędkość motocykla.
Takie hamowanie tylnego koła powoduje ponadto, że łańcuch w każdym momencie jest napięty i pomimo jego luzu nie powstają dodatkowe zjawiska z tym związane.
Dzięki temu motocykl zakręcając jest po pierwsze napędzany, więc nie grozi mu przewrotka z powodu utraty prędkości, a po drugie nierówne napędzanie nie powoduje utraty stabilności i dzięki temu - oczywiście, jak zawsze, po pewnym treningu - można gładko pokonać zakręt założoną trajektorią.

Używanie tylnego hamulca nie powoduje przy tym żadnych negatywnych skutków dla sprzęgła, ponieważ sprzęgło jest najczęściej przez cały czas w pełni załączone (jeśli tylko chcemy jechać na tyle szybko, że silnik nie ulegnie zdławieniu). Można obawiać się jedynie zwiększonego zużycia okładzin hamulcowych, ale biorąc pod uwagę, że hamulcem zasadniczym jest hamulec przedni, a hamulca tylnego większość rajderów nie dotyka w ogóle, nie powinno to stanowić żadnego problemu.

I okazuje się nagle, że motocyklem da się zawracać prawie tak ciasno, jak to robią zawodnicy Moto Gymkhany, czego wszystkim, i sobie, życzę.



piątek, 6 lipca 2018

Interkom motocyklowy Nolan B901L R - część pierwsza

Wstęp

tym poście opisałem przygodę z najtańszym wówczas na rynku chińskim interkomem motocyklowym BT-S2.
Ale czasy się zmieniają, a ja zmieniłam kask. Moim nowym nabytkiem okazał się również Nolan, ale nowy model, N87.
Niejako naturalnie pojawiła się koncepcja wyposażenia i tego kasku w interkom.
Bogatszy o doświadczenia z używania przez jeden sezon zestawu BT-S2, które opisałem tutaj, tym razem chciałem wyeliminować wszystkie elementy, które uprzednio uznałem za wady.
Za główny problem uznałem brak możliwości wykonywania połączeń wychodzących innych, niż ostatnio wybierany numer w sytuacji, kiedy telefon jest schowany w kieszeni i nie ma do niego dostępu.
Rozwiązaniem tegoż wydawało się być zakupienie urządzenia, które umożliwi aktywację słuchania przez smartfon poleceń głosowych poprzez naciśnięcie przycisku na samym interkomie. Niestety, chińskie interkomy typu BT-S2 i EJEAS nie oferowały takiej możliwości, więc należało się przyjrzeć półce wyżej - Sena, Midland, Scala.
Ten kierunek powoduje jednak istotny wzrost ceny, a interkom nadal jest interkomem uniwersalnym - czyli przede wszystkim nie pasuje idealnie do kasku, a z boku wystaje jednostka centralna.
Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw oraz stawiając funkcjonalność ponad bezwzględny parametr ceny, po teoretycznym upewnieniu się, że wszystkie wymagania funkcjonalne są spełnione (firmy EJEAS oraz Nolan odpowiadają na zapytania sprzedażowe zadane mailem), dokonałem wyboru, którym był zakup dedykowanego zestawu słuchawkowego Nolana, pasującego do kasku N87, czyli B901R. W moim przypadku była to wersja B901LR jako, że ta akurat była u sprzedawcy na magazynie i był on skłonny sprzedać ją w tej samej cenie, co wersję zwykłą.
Wersja L jest, w stosunku do zwykłej, wyposażona w tak zwany przez Nolana, system ESS. Jest to po prostu czerwone światło LED, zamontowane w tylnej części kasku, które jest sprzężone z akcelerometrem i powiadamia jadących za nami o ostrym hamowaniu motocykla.

Montaż

Jako, że interkom jest przystosowany do montażu w tym konkretnym kasku, nie spodziewałem się specjalnych problemów, aczkolwiek okazało się, że czytanie instrukcji nie rozjaśnia wszelkich wątpliwości. Jako wartościowy dodatek do instrukcji polecam obejrzenie na Youtube filmu instruktażowego Nolana, dotyczącego montażu zestawu w konkretnym kasku. Pozwala on rozwiać większość wątpliwości, które pojawiają się w czasie montażu przy użyciu tylko papierowej instrukcji. 
Ale po kolei. Świeżo otwarty zestaw wygląda tak:



W zestawie są wszystkie konieczne akcesoria, włączając w to klucz ampulowy do odkręcenia wkręta z tyłu kasku oraz adaptery modułu ESS do różnych modeli kasków.

Instrukcja zaleca, notabene całkiem słusznie, aby po otwarciu zestawu sprawdzić, czy on działa, jeszcze przed zamontowaniem w kasku. Ponadto zaleca przepisanie numeru seryjnego z tabliczki znamionowej znajdującej się na obudowie modułu baterii, co może być potrzebne w przypadku ewentualnej reklamacji.
Skoro zestaw jest już włączony, warto przy tej okazji wykonać uaktualnienie firmware. W moim przypadku zestaw przyjechał z firmware w wersji 1.1 natomiast na stronie producenta dostępna była wersja 1.2.

Postępując dalej zgodnie z instrukcją, z kasku wyjmujemy policzki:


oraz usuwamy piankowe wypełnienia miejsc na słuchawki i przewód.
Następnie z tyłu kasku odkręcamy wkręt i delikatnie zdejmujemy cały dolny rant, do którego przymocowana jest również wyściółka:




po czym ostrożnie usuwamy dwie zaślepki - w miejscu montażu panelu sterującego oraz gniazda USB:


Przed włożeniem zestawu do środka kasku warto wcześniej zamocować plastikowy adapter do klawiatury:


Ja zrobiłem to potem i nieco niewygodne było uważanie, żeby nie wyrwać przy tym taśmy połączeniowej.
W przygotowane miejsca ostrożnie wsuwamy zaczepy:


zaś moduł baterii umieszczamy z tyłu dbając po pierwsze o to, aby nie uszkodzić flex-taśmy do lampy, po drugie aby anteny znalazły się wewnątrz skorupy, i po trzecie, aby uchwyt wszedł zaczepem w przygotowane miejsce na skorupie kasku:


Mimo fabrycznego przygotowania zestawu pod kask okazało się, że ponowne założenie plastikowego rantu nie jest możliwe, gdyż bateria razem z gniazdem jest zamontowana pod kątem, a kołnierz samego gniazda powinien znaleźć się wewnątrz otworu w rancie kasku. Męczyłem się z tym z pół godziny próbując wepchnąć gniazdo na miejsce, uważając przy okazji na anteny, flex-taśmę i gumową zaślepkę gniazda, która w czasie montażu musi być otwarta, aby nie została przycięta wewnątrz.
W końcu udało się to złożyć poprzez wysunięcie modułu baterii do połowy, wcelowanie gniazdem i delikatnym i uważnym złożeniu.
Wystający po prawej stronie nadmiar kabla trzeba zawinąć w pętelkę w takim miejscu, żeby nie przeszkadzał podczas wkładania policzka, który wsuwa się dość głęboko pod rant.
Koniec końców udało się wszystko złożyć i zabezpieczyć wkrętem. Przed dokręceniem wkrętu warto upewnić się, że flex-taśma nie jest naciągnięta:


Następnie czyścimy tylną część kasku w miejscu, gdzie ma być naklejona lampa i przyklejamy ją dwustronną taśmą 3M obecną już na lampie. 
Jak wspomniałem wcześniej, warto obejrzeć film instruktażowy aby dokładnie wiedzieć, co i jak należy zamontować.
Całość wygląda tak:


Montujemy policzki i voila ;-)

W drugiej części opowiem o wrażeniach z użytkowania.


środa, 2 sierpnia 2017

Interkom motocyklowy BT-S2 - część druga

Zrobiło się ciut cieplej, więc udało mi się kilka razy poużywać interkomu.
Oczywiście nie omieszkałem zadzwonić do żony i pogadać o niczym - więc rozmowa nie jest szczególnie interesująca, nie mniej słychać to, co nam potrzeba ;-)


Telefon

Moje BT-S2 w kasku było sparowane z Samsungiem Galaxy S6, natomiast moja żona używała Samsunga Galaxy S4 z zainstalowaną aplikacją do nagrywania rozmów ACR (swoją drogą polecam) - więc jest co posłuchać, co niestety przy recenzjach się raczej nie zdarza.




Jak można usłyszeć na powyższym nagraniu, pomimo prędkości motocykla 100-140 km/h, rozmówca praktycznie nie słyszy szumu wiatru - o co głównie się się obawiałem. Problem jest natomiast inny - nie da się powyżej 100 km/h rozmawiać z uwagi na szum w kasku - rozmówcy po prostu nie słychać. Oczywiście ten problem nie jest powodowany przez sam zestaw słuchawkowy, ale przez budowę kasku i brak monstrualnej turystycznej szyby, za którą można by się całkowicie schować ;-)


Interkom

Nie udało mi się na razie przetestować interkomu jako, że nie mam z kim przezeń pogadać.


Wbudowane radio

Jeśli ktoś lubi sobie słuchać radia - może nie być zadowolony. Urządzenie nie ma pamięci - po włączeniu łapie pierwszą stację z brzegu. Natomiast dyskwalifikujące tu są ciągłe, dobrze słyszalne zakłócenia (tu niestety nagrania nie mam - ale efekt jest taki, jak gdyby radio było niedostrojone i pływało). Tego nie zrekompensuje nawet całkowicie "drewniane" ucho.
Na początku wydawało mi się, że jest to problem siły sygnału jako, że pierwsze zabawy robiłem 40 km od Warszawy. Niestety w mieście nie jest dużo lepiej.


Odtwarzanie MP3

Co tu dużo mówić - to działa poprawnie. Po sparowaniu telefonu pojedyncze wciśnięcie głównego przycisku powoduje automatyczne rozpoczęcie odtwarzania, bez potrzeby ręcznego wyszukiwania utworów - to jednak może być też kwestią zainstalowanego w systemie odtwarzacza. Używałem androidowej wersji AIMPa.
Pasmo przenoszenia słuchawek, zwłaszcza w zakresie tonów niskich, pozostawia nieco do życzenia - no, ale to jest raczej standard w przetwornikach tego typu.
Nie jestem też nawykły do słuchania muzyki w trakcie jazdy motocyklem i może dlatego muzyka zaczęła mi po jakimś czasie przeszkadzać. Jadąc poza miastem 100 km/h szum wiatru znakomicie konkuruje z jej odbiorem. Dojeżdżając do skrzyżowań szum wiatru cichnie i przez to muzyka staje się męcząco głośna - cóż, widać nie dla mnie takie rozwiązanie.


Nawigacja

Również działa. Zainstalowane Waze podaje komunikaty głosowe poprzez zestaw słuchawkowy - tu również nie ma się do czego przyczepić. Jedynym mankamentem w przypadku akurat tej aplikacji nawigacyjnej jest - że aplikacja sama się wyłącza jeśli ekran jest wygaszony, a GPS przez jakiś czas nie sygnalizuje przemieszczania się. Niestety przy motocyklu jest to na tyle problematyczne, że telefon mam w wewnętrznej kieszeni kurtki.


Inne fajne rzeczy, których nie ma

Bardzo fajną rzeczą byłaby możliwość sterowania telefonem głosowo. Obecne smartfony działają albo w oparciu o Androida, albo iOS. W obydwu tych systemach są dostępne usługi głosowego sterowania urządzeniem (Google Now lub Siri), co wydaje się być łakomym kąskiem, jeśli chodzi o używanie telefonu podczas jazdy.
Niestety w tym zestawie słuchawkowym nie przewidziano takiej możliwości. Żeby to było możliwe, zestaw musiałby ciągle "nasłuchiwać" - czyli nieustannie transmitować dźwięk do telefonu w razie, gdybyśmy powiedzieli słowo aktywujące komendy głosowe - co wiązałoby się z dużym zużyciem prądu), lub też zestawiać połączenie audio z telefonem w momencie naciśnięcia przycisku - co wydaje się być dobrym rozwiązaniem tego problemu.
Niestety żadna z tych możliwości nie została przewidziana.
Owszem, da się wydawać komendy głosem, ale to wymaga ręcznego włączenia funkcji w telefonie  (wówczas telefon budzi zestaw słuchawkowy) co, w sytuacji kiedy telefon jest schowany w kieszeni, jest nieco utrudnione.
Z powyższego powodu zestaw służy raczej do odbierania rozmów, niż ich wykonywania. Pewnym obejściem jest możliwość ponownego wybrania ostatniego numeru poprzez dłuższe naciśnięcie głównego przycisku - ale to trzeba przewidzieć przed jazdą i wykonać połączenie "konfigurujące" pod numer z którym będzie się chciało później pokonwersować.

piątek, 14 kwietnia 2017

Interkom motocyklowy BT-S2 - część pierwsza

Wstępne, luźne dywagacje

Idzie wiosna, więc postanowiłem w końcu sprawić sobie interkom motocyklowy :-)
Wybór interkomu do motocykla często nie jest sprawą trywialną - mimo, że wszystkie interkomy robią w zasadzie to samo, to jest jednak kilka rzeczy, na które zwraca się uwagę (bądź nie) i najczęściej jedynym naprawdę wiarygodnym testem jest test na sobie.
Wybór urządzeń na rynku jest również dość spory. Jeszcze jakiś czas temu jedynymi i niedoścignionymi pod wieloma względami urządzeniami były urządzenia ScalaRider firmy Cardo. Jakkolwiek urządzenia te (przynajmniej wg tych, którzy używali bądź nadal to robią) były warte uwagi, to jednak cena (800-1200 PLN) "lekko" odstraszała. Potem pojawiły się jeszcze urządzenia innych firm, jak na przykład Midland - który znany jest z urządzeń CB-radio, co wskazywało by, że też jest marką dość uznaną, niestety z cenami niewiele niższymi.
Od kilku lat mamy też coraz większy wysyp urządzeń niemarkowych lub półmarkowych (np. Sena).
Przez "markowość" rozumiem tu nie tyle rozpoznawalność znaczka na rynku - bo to de facto o niczym jeszcze nie świadczy - "markowa" firma z rozpoznawalnym znaczkiem może brandować i sprzedawać (i najczęściej tak robi) standardowe urządzenia projektowane i produkowane przez tabuny firemek w Chinach. Przez "markowość" rozumiem raczej usługi okołoproduktowe:
- rozwój produktu, nowe wersje oprogramowania;
- ulepszone kolejne produkty będące kontynuacją tych już sprzedawanych (a nie na zasadzie nowego "lepszego" produktu nowej chińskiej firemki);
- normalne wsparcie techniczne (które potrafi rozwiązać problem w skończonym czasie nawet poprawiając oprogramowanie);
- wreszcie wsparcie gwarancyjne, świadczone przynajmniej w ustawowym czasie, z czym jest często również problem. Oczywiście, można skorzystać też z rękojmi natomiast należy zdawać sobie sprawę z tego, że sprzedawca najczęściej nie chce inwestować w nowe urządzenie aby móc je klientowi wymienić i już we własnym zakresie dochodzić rekompensaty u producenta.

Ponieważ doszedłem do wniosku, że urządzenia markowe są poza moim zasięgiem, poszedłem w kierunku urządzeń niemarkowych. Tutaj mamy olbrzymi wybór - wystarczy zajrzeć na wiodące portale aukcyjne - zarówno nasze, jak i chińskie (sprowadzenie czegokolwiek nie jest problemem, to raczej kwestia czasu). A, że rodzimych firm sprowadzających tego typu urządzenia z Chin też jest zatrzęsienie, za niewiele większą kwotę można mieć urządzenie w ciągu kilkudziesięciu godzin, w dodatku z fakturą i - przynajmniej teoretycznie - z rękojmią. Oczywiście, jeśli czas nie jest problemem, można zaoszczędzić pewnie ze 20% ceny zamawiając urządzenie bezpośrednio z Chin.
I to tyle tytułem, ponownie przydługiego już, wstępu.

Interkom i instalacja

Przejdźmy do konkretów. Postanowiłem przetestować sobie interkom o nazwie BT-S2, przyciągający oko pomarańczowymi akcentami:


Jakkolwiek miałem pewne wątpliwości na temat wyposażenia pomyślałem, że jakoś to będzie jeśli tylko okaże się, że ustrojstwo działa na tyle dobrze, że da się go używać.
Tenże interkom przychodzi sobie w ładnym, kolorowym opakowaniu na którym nie ma żadnej wzmianki o tym, jaki to model - typowy chiński produkt ;-)




Obecnie używam kasku Nolan N85. Kask ten ma przygotowane miejsce na dedykowany zestaw interkomowy. To olbrzymia zaleta, bo wszystko schowane jest w kasku, a z boku mamy tylko panel z przyciskami (fotka przykładowa z Internetu kasku N86 z wbudowanym interkomem):


Z drugiej strony wadą jest to, że dedykowany interkom jest drogi (tak się zarabia na akcesoriach) oraz, że jest dedykowany - czyli zmiana kasku jest równoznaczna ze zmianą interkomu.
Interkom niededykowany jest pod tym względem lepszy - bo uniwersalny, ale niestety ani nie wygląda tak dobrze, ani też tak dobrze nie pasuje do kasku.

Jak wspomniałem, kask Nolana jest przystosowany do interkomu - w związku z czym ma wycięte odpowiednie miejsca na słuchawki - co nie jest bez znaczenia, bo kask jest dopasowany do głowy i nie ma tam specjalnie miejsca na dodatkowe elementy. Ponadto, niestety mocowanie niededykowanego interkomu też nie zawsze pasuje do kasku. Większość interkomów mocowana może być albo na zapinany do kasku klips, albo na taśmę dwustronną z rzepem. W moim przypadku - z powodu konstrukcji rantu kasku, klips trzymał się słabo - mocniejsze skręcenie powodowało odkształcenie plastikowego rantu - co mi się nie podobało. 
Z drugiej strony, przymocowanie na rzepa nie podobało mi się z powodu braku gwarancji nieodpadnięcia w czasie jazdy.
Zestaw pasował jednak idealnie centymetr wyżej w stosunku do mocowania z klipsem, więc postanowiłem nakleić rzepa, a dla osiągnięcia wymaganej stabilności wywiercić w plastikowym rancie dwa otwory fi 4 i zamocować urządzenie oryginalnymi wkrętami na stałe:





Niektóre inne modele interkomów mają na wyposażeniu plastikowy stelaż mocowany do kasku, do którego potem - poprzez wsunięcie w szynę - mocuje się samo urządzenie. Tutaj takiego elementu nie ma. Warto zwrócić na to uwagę, jeśli ktoś będzie chciał zdejmować jednostkę centralną.

Słuchawki umieściłem w przygotowanych miejscach w środku. I tu kolejna uwaga. Jak widać na poniższym zdjęciu, słuchawki są umieszczone w ładnych kieszonkach, które mają z tyłu rzepa, zaś druga część rzepa może być zamocowana na taśmę dwustronną.


Całą kieszonka razem ze słuchawką w środku ma grubość 5-6 mm, a jej średnica jest większa, niż średnica oryginalnego wycięcia w kasku. Po założeniu kasku okazało się, że kieszonka lekko uciska ucho. Ponieważ po kilku godzinach w kasku mogłoby to być mało przyjemne, usunąłem całkowicie kieszonki, zaś słuchawki przykleiłem w zagłębieniach (czego już na zdjęciach nie ma).

Kolejna rzecz to mikrofon. Niestety, jak obawiałem się od samego początku, był to element problematyczny jako, że używam kasku integralnego, zaś w zestawie nie znajdował się dedykowany mały mikrofon na przewodzie, a tylko mikrofon na pałąku. Początkowo, nie chcąc naruszać konstrukcji, starałem się to upchnąć tak, żeby się zmieściło:


Niestety pałąk był za krótki żeby sięgnąć w miejsce, gdzie znajdują się usta (musiał być poprowadzony wzdłuż dolnej krawędzi kasku, a następnie do góry) - więc szczypcami poprawiłem nieco konstrukcję pozbywając się kółka z rzepem i całość przesunąłem nieco do przodu:


Całość po zmontowaniu działa "na sucho". O wiele istotniejsze będą jednak testy drogowe, ale ponieważ pogoda nie nastraja - o tym za jakiś czas.

Parę dodatkowych uwag na temat tego sprzętu

Jak już wspomniałem - urządzenie jest uniwersalne, więc niestety montaż jest częściowo problematyczny. W zestawie brakuje mikrofonu do kasków integralnych. Natomiast dla posiadaczy kasków bez lub z podnoszoną szczęką - nie powinien być to problem. Wysięgnik jest solidny i bardzo dobrze trzyma kształt w jaki zostaje wygięty.
Jednostka centralna jest pokryta cienką gumą, klawisze działają bez oporów z wyraźnym kliknięciem - więc obsługa w rękawicach nie powinna stwarzać większych problemów. Wtyczka zestawu słuchawkowego znajduje się od dołu i po wciśnięciu wchodzi kołnierzem do obudowy - całość powinna być więc wodoszczelna o ile użytkownik nie zdecyduje się nurkować ;-)
Miałem nadzieję, że wtyczka będzie standardowa (typu micro-USB). Niestety wtyczka jest nieco inna (to ta na górze; po środku wtyczka micro-USB którą wplotłem dla porównania):


Niestandardowość wtyczki powoduje, że nie można użyć typowej ładowarki od telefonu (większość zazwyczaj jest już wyposażona właśnie w micro-USB), ale trzeba mieć ze sobą również ładowarkę razem z kablem do interkomu.
Próbowałem również sprawdzić, czy do tejże wtyczki nie pasowałby zestaw słuchawkowy od Seny (mają takie z mikrofonem do kasku integralnego) - jednak nikt nie był w stanie tego stwierdzić, a kupowania dodatkowego zestawu słuchawek z mikrofonem tylko po to, żeby się o tym przekonać, raczej chciałem uniknąć ;-)
Tyle teoria. O praktycznej stronie opowiem po testach.

środa, 15 lutego 2017

Usuwamy reklamy ze Skype'a


Dziś będzie o rzeczy prostej, ale wcale nie do końca oczywistej.
Osobiście nie lubię uruchamiać w swoim systemie dziwnych, magicznych aplikacji, które tak naprawdę nie wiadomo, co robią i jaki syf po sobie zostawiają.

W przypadku Skype'a (który sam jest już sporą kobyłką), istnieje prosty i w miarę elegancki sposób na pozbycie się serwowanych przezeń reklam.

W opcjach Internet Explorer'a, na zakładce Zabezpieczenia, do listy Witryny z ograniczeniami dodajemy:
g.msn.com
apps.skype.com

Powyższe wpisy powinny spowodować usunięcie ze Skype treści reklamowych oraz wyłączenie zawartości Skype Home.


Aby pozbyć się miejsca, w którym wyświetlane są te reklamy, po całkowitym wyłączeniu Skype'a, odszukujemy plik konfiguracyjny, który zlokalizowany powinien być w:

C:\users\<nazwa-uzytkownika>\AppData\Roaming\Skype\<nazwa-skype>\config.xml

i w tymże pliku odszukujemy i usuwamy linię:

<AdvertPlaceholder>1<AdvertPlaceholder>

Po zapisaniu zmian nadajemy plikowi atrybut Tylko do Odczytu - co zapobiegnie nadpisaniu pliku po uruchomieniu Skype i ponownemu utworzeniu tej linii konfiguracyjnej.
Po tej całej skomplikowanej procedurze możemy cieszyć się brakiem reklam, oczywiście do czasu, aż Microsoft nie wpadnie na nowy pomysł ulepszenia swojej aplikacji ;-)

środa, 7 września 2016

Wymiana oryginalnego przerywacza kierunkowskazów w Yamaha FZS600

Tym razem będzie coś z robótek ręcznych okołomotocyklowych ;-)

Potrzebowałem wymienić oryginalny przerywacz kierunkowskazów w motocyklu Yamaha FZS 600 na elektroniczny, przystosowany do sterowania również kierunkowskazów innych (opartych na diodach LED), niż oryginalnie montowane w tym motocyklu (oparte na żarówkach 10W).

Operacja taka jest niezbędna jeśli chcemy dokonać wymiany kierunkowskazów na LEDowe jednocześnie unikając szybkiego migania kierunkowskazów po takiej wymianie.
Dla kogoś, kto choć trochę potrafi posługiwać się lutownicą, nie powinno stanowić problemu przeprowadzenie takiej zamiany. Na forum użytkowników Yamahy powstało nawet kilka postów z poradami na ten temat - niestety ów forum ma to do siebie, że kilkuletnie załączniki ze zdjęciami są usuwane, co nie poprawia zrozumienia tematu początkującym w takiej operacji.


Teoretyczna podstawa działania przerywacza bimetalicznego


Szybkie miganie kierunkowskazów po ich wymianie na odpowiedniki LEDowe, jest spowodowane konstrukcją oryginalnego (klasycznego bimetalicznego, bo takie rozwiązanie stosowane było w różnych pojazdach od wielu lat) przerywacza. 
W takim przerywaczu przepływający prąd rozgrzewa blaszkę wykonaną ze stopu dwóch metali o różnej rozszerzalności cieplnej. 
Całość działa w następujący sposób:
- przepływający przez blaszkę bimetaliczną prąd o wartości zależnej od zastosowanych żarówek rozgrzewa blaszkę, która się odkształca;
- odkształcenie blaszki wywołuje przerwanie obwodu, prąd przestaje płynąć;
- blaszka stygnie i ponownie obwód zostaje zwarty, po czym proces się powtarza.
W powyższym, stopień odkształcenia blaszki jest proporcjonalny do stopnia jej ogrzania, co z kolei jest proporcjonalne do wartości płynącego przezeń prądu.
W związku z tym im większy prąd, tym wolniejsze miganie kierunkowskazów. Producent motocykla dobrał całość tak, aby przy zastosowanych żarówkach, prędkość migania kierunkowskazów wynosiła około 85/minutę.
Kierunkowskazy LED pobierają kilkukrotnie mniej prądu, w związku z czym powyżej opisany układ będzie działał dużo szybciej jako, że blaszka nagrzewa się mniej gwałtownie i mniej czasu potrzebuje na wystygnięcie.
Warto dodać, że w rozwiązaniu z przerywaczem bimetalicznym, zjawisko szybkiego migania było poniekąd wykorzystywane do sygnalizacji faktu spalenia się żarówki kierunkowskazów.

Rozwiązania powyższego problemu są w zasadzie dwa:
1) zastosować równolegle do kierunkowskazu LED bocznik w postaci rezystora o wartości dobranej w taki sposób, aby całość pobierała tyle prądu, co oryginalna żarówka, przy czym nadmiar pobieranego prądu jest zamieniany na ciepło. Na wiodącym portalu aukcyjnym można nawet dostać takowe "dedykowane" rezystory w ślicznych obudowach z radiatorem.
Ale to rozwiązanie jest - powiedzmy sobie szczerze - słabe jako, że marnujemy część prądu zamieniając je w ciepło, a w motocyklu wcale aż takiego jego nadmiaru nie ma. Te 20-30 zaoszczędzonych watów to jest około 2-3 Amperów poboru prądu (co prawda impulsowo). Równoważny prąd pozwala np. ładować telefon komórkowy lub nawigację - więc po co zamieniać to bezproduktywnie w ciepło.
2) wymienić klasyczny przerywać bimetaliczny na rozwiązanie elektroniczne, w którym częstotliwość migania jest ustalona konstrukcją samego przerywacza i nie zależy od podłączonego obciążenia. To rozwiązanie jest optymalne i niniejszym właśnie je polecam.


Zabieramy się do pracy


W przedmiotowym motocyklu, przerywacz kierunkowskazów znajduje się po lewej stronie pod plastikową osłoną:



Przerywacz jest podłączony za pomocą wtyczki, która ma dwa przewody oznaczone jako:
B - zasilanie
L - wyjście
Wtyczka ta jest mało standardowa:




Należy albo się jej pozbyć, albo dorobić odpowiednią przejściówkę do nowego przerywacza, jaki posiadamy. Ja wybrałem pierwszą opcję, a ponieważ nie lubię druciarstwa, dolutowałem sobie przewody ze standardowymi wsuwkami samochodowymi:




Kolor czerwony odpowiada u mnie za B, zaś różowy za L.

W oryginalnym przerywaczu, ponieważ jest on włączony szeregowo, są tylko dwa zaciski, które wystarczają do poprawnej pracy. W przerywaczu elektronicznym, aby pracował poprawnie, elektronika potrzebuje jeszcze masy. Co prawda są wykonania przerywaczy elektronicznych, które mają tylko dwa wyprowadzenia, ale tych nie polecam, bo zasilanie wewnętrznej elektroniki odpowiedzialnej za generowanie impulsów jest robione w oparciu o różnicę potencjałów pomiędzy wejściem przerywacza i wyjściem, co w większości wypadków wcale dobrze nie działa jeśli odbiorniki pobierają mało prądu (a tak jest w przypadku LEDów).
Tak więc, do działania układu potrzebna jest jeszcze masa.
Na szczęście, kilkanaście centymetrów dalej, producent motocykla przewidział wyjście masy z wiązki do akumulatora :-) co też skrupulatnie wykorzystałem:


dolutowując dodatkowy przewód masowy po zdjęciu izolacji w pokazanym powyżej miejscu. Oczywiście można przeciąć przewód i ponownie go zlutować zakładając przy okazji koszulkę termokurczliwą; ja wybrałem jednak wariant bez cięcia ;-)



Połączenie izolujemy starannie taśmą izolacyjną (!). Nie ma tu miejsca na żadne fuszerki.
Całość po zmianach wygląda tak:



Przerywacz montujemy za pomocą oryginalnej gumki. Prawdopodobnie obudowa będzie nieco większa, więc należy delikatnie sobie z tym poradzić :-)


Życzę miłej zabawy.